Temat: Józek Marfi - rzecz o pod-świadomości
Kiedy byłem na studiach dowiedziałem się, że na rynku obok pozycji stricte psychologicznych istnieje pewien surogat wspomnianej literatury, mianowicie "psycho-harlequiny"...
Materiał wręcz bluźnierczy, niebezpieczny, bo bezceremonialnie wdzierający się w księgarniach na półki z napisem - psychologia, a więcej nawet - chyba lepiej sie sprzedający!!!
Sztandarowa pozycją miałby tu być Murphy i jego "Potęga podświadomości" - kwitowana przez psychologów uśmieszkiem.
Nie lubię nic "na wiarę" więc parę lat po studiach (dosłownie) - zdecydowałem się książkę tę (o zgrozo niepojęta) przeczytać. Tak zrobilem to, jestem gotów poddać się osądowi - mało tego, JA TĘ KSIĄŻKĘ ZAKUPIŁEM, przyczyniając się do rozpowszchniania tej, no tego... bzdetozofii.
Nad to pokornie wyznaję, iż jestem winien grzechu herezji - nie zgadzam się bowiem z wersją wtłaczaną w szacownym skądinąd Instytucie, przez nie mniej szacowne osobistości...
Jakiez bowiem zdziwienie moje było w tym, iż obywatel M., w żadnym momencie nie stwierdził, iż jest psychologiem... Filozofem i owszem, religioznawcą też, doktorem prawa nawet, o psychologii był zaś milczał. Owszem, grzeszył używając takich terminów zarezerwowanych dla "naszej" elity jak: proces psychiczny, sugestia, świadomość, to co w tytule i jeszcze inne - powołał się na stare eksperymenty Bernheima (nie podając bibliografii - łajdak) i co tam jeszcze...
Uważam, że tego typu literatura nie zaszkodzi przeciętnemu odbiorcy, więcej nawet w pewnych okolicznościach może być mu nawet pomocna, potrzebna. Nazwał bym to raczej literaturą rozwojową (w znaczeniu, pomagającą w procesie samorealizacji) - pamiętając jednak, że w rozwoju istotny jest dystans do pewnych spraw.
Więcej, poradniki tego rodzaju są czymś co przeciętny człowiek jest w stanie jako tako przyswoić - podczas gdy przy tekście skądinąd bardzo wartościowym, jak choćby taka Metodologia Badań Psychologicznych - umarłby po pierwszych dwudziestu stronach (co oznacza, że dotarłby dalej niż niektórzy "psychologowie", których znam).
Według mnie problemem nie jest to, że Kowalski zaczyta się w tym materiale - problem może powstać wtedy, kiedy tzw. "psycholog" zakupi coś takiego i "kupi" to jako metodę.
Wiem, że sam mam skłonność do Junga, technik alternatywnych (np. zorientowanie na proces etc.), a więcej do gnozy, ezoterii i religioznawstwa. Rzecz w tym, że a) mam świadomość tego typu zamiłowań, b) bardzo wyraźnie dzielę sprawy psychologii jako nauki, od psychologii analitycznej i hermetyzmu jako sposobu postrzgania rzeczywistości, c) aktualnie nie pracuję w zawodzie i raczej już nie zamierzam.
Do czego piję, otóż psychologię z tego typu pozycji robi ciemnogród psychologiczny w Polsce, a nie sama treść tych książek, dodajmy ciemnogród także wśród psychologów.
Proszę wybaczyć, przy całym szacunku dla licznych ludzi ze "stażem" ktorych poznałem w ciągu praktyk, pracy, wolontariatów, obozów naukowych, czy w innych okolicznościach, jest wśród nich całkiem spora grupa takich właśnie "starozytników" zafiksowanych gdzieś na dawno podważonych metodach, lub włączających bzdury w praktykę.
Zastanawiająca jest więc dla mnie ta cała wrzawa --- może chodzi tylko o to, że książki Józefa lepiej się sprzedają?
Bo jeśli rzeczywiście rzecz jest w tym, że ktoś tam swój poglad o Psychologii zbuduje z takich właśnie tez, zapytajmy raczej a z czego innego ma budować - z książek, które ze względu na żargon nie są dla niego przyswajalne? Z telewizji w której terminy psychiatra i psycholog używane są zamiennie plus jeszcze w kontakście terapeuta? To dlaczego tak mało się robi żeby z psychologią "wyjść do ludu".
PS. Pytanie alternatywne, czy kończąc studia jest się psychologiem, czy dopiero po ukończeniu szeregu kursów, szkoleń i superwizji i pokiszeniu się trochę w środowisku swojaków?
