Temat: Terapia borderline
List otwarty
W sprawie sposobu leczenia zaburzeń osobowości typu borderline w polskich szpitalach psychiatrycznych.
Od długiego czasu nurtuje mnie pytanie, dlaczego nie potrafię cieszyć się znów życiem, skoro moja córka wyzdrowiała. I oto próba odpowiedzi na to pytanie. Nie potrafię: Bo żaden rodzic nie powinien doświadczyć tyle bólu, krańcowej rozpaczy i upokorzenia,
co ja przeżyłem. Bo cierpienie mojej córki było moim cierpieniem z powodu własnej bezsilności. Bo jej rany były moimi ranami, a jej blizny są nadal moimi. I nie pomaga mi zital, lerivon czy xanax.
Bo nie mogę się z tym pogodzić, jak traktowane są przez polską psychiatrię nasze dzieci z zaburzeniami osobowości typu borderline. Bo nasze dzieci nie są gorsze i nie mniej kochane od innych. A my nie koniecznie musimy być od razu wyrodnymi rodzicami. I diagnoza borderline nie powinna być swego rodzaju wyrokiem dla młodych ludzi, od którego nie ma odwołania.
Bo nie mogę się pogodzić się z tym, co spotkało moją córkę, żonę i mnie. Oto moja historia:
Moja córka trafiła po raz pierwszy do szpitala psychiatrycznego w wieku 14 lat z podejrzeniem schizofrenii. Był to szpital psychiatryczny w Warszawie, uznawany za jeden z najlepszych w Polsce. Po kilku tygodniach córka wyszła z rozpoznaniem depresji. Po kilku, a może po kilkunastu następnych miesiącach była ponownie hospitalizowana w szpitalu w Zagórzu pod Warszawą. Z tej placówki otrzymała diagnozę borderline, ale już z niej nie wyszła, tylko została karnie wyrzucona po kilku miesiącach.
Córka była w tym czasie najcięższym przypadkiem na oddziale. Moja córka w szpitalu okaleczała się podczas ataków lęku, w czasie których miewała czasami omamy słuchowe. Ona sama określała to jako ataki, przed którymi ratunkiem było samookaleczanie, czyli cięcie się czym tylko się dało oraz przypalanie papierosami czy zapalniczką. Przejawiała przy tym dużą pomysłowość, bo z braku innych możliwości potrafiła się pociąć np. żabkami od firanek. Po pewnym czasie podpisano z córką kontrakt, że wszystkie napady lęku będzie zgłaszać personelowi, a jeżeli będzie się w dalszym ciągu okaleczać to zostanie wyrzucona ze szpitala.
I co dziwne córce udawało się wywiązywać z tego kontraktu przez kilka miesięcy. Przy każdym napadzie lęku zgłaszała to lekarzowi lub pielęgniarce i otrzymywała dawki leków spakajających. Jeżeli akurat nie było lekarza na dyżurze to lądowała w pasach. Nie była to z pewnością najlepsza z form terapii, ale nam rodzicom pozwalała choć przez ten okres chociaż trochę odetchnąć. Nie muszę chyba dodawać, ze to co my przeżywaliśmy było prawdziwym koszmarem. Żyliśmy w nieustannym stresie lękając się o życie córki. Dla mnie ? poza zawsze występującym u rodziców w sposób świadomy lub nie poczuciem winy - najstraszliwsza była bezsilność i bezradność wobec problemów swojego jedynego dziecka. Niestety wszystko było dobrze do czasu, gdy córce postawiono diagnozę borderline.
Bo w kilka dni po tym, podczas jednych, jakże częstych odwiedzin u córki przypadkowo spotkałem panią ordynator oddziału, na którym przebywała córka.
Chciałem wykorzystać sposobność i spytać się o stan mojego dziecka. W czasie dziwnej rozmowy pani ordynator dostrzegając moją słabą formę psychiczną, usiłowała wymóc na mnie przyznanie się do molestowania własnej córki. Gdy to jej nie wyszło, zaczęła oskarżać mnie i moją żonę o to, że jesteśmy wyrodnymi rodzicami i ponosimy winę za problemy dziecka.
Na Boga, z pewnością nie byliśmy najlepszymi rodzicami na świecie, ale nie byliśmy rodziną patologiczną ani nawet rozbitą. Na poparcie swojej teorii pani ordynator wezwała moją córkę i wymusiła na niej przyznanie się, że my wyrodni rodzice tolerujemy palenie przez nią papierosów. My z żoną wcale nie palimy, a to, że córka pali nie było dla nas największym życiowym problemem. Upokorzyła przy tym moją córkę, a ja porażony oskarżeniami pani ordynator. nie potrafiłem temu - z całą pewnością nie terapeutycznemu przesłuchaniu - przeciwdziałać. Po tej terapeutycznej rozmowie córka była tak wzburzona, że nie udawało mi się jej uspokoić na spacerze. Wiedziałem, co może teraz nastąpić i co rzeczywiście nastąpiło. Powinienem ostrzec personel szpitala przed tym, ale ja po prostu bałem się wejść na oddział obawiając się, że w ten sposób mógłbym tylko potwierdzić nieuzasadnione podejrzenia o molestowanie córki ? w myśl zasady, że na złodzieju czapka gorze.
Muszę dodać, ze ja przedtem należałem do osób asertywnych, dających sobie radę w życiu, prowadziłem własną firmę i dobrze zarabiałem. A wystarczyły tylko dwa zdania wypowiedziane przez panią ordynator, żeby mnie złamać. Najpierw pani ordynator powiedziała, iż zauważyła że córka gorzej się czuje po moich odwiedzinach. Od razu wpadłem w przerażenie, bo przecież ja odwiedzałem córkę kilka razy w tygodniu. Widząc mój stan pani ordynator zadała mi pytanie: Co ja takiego robiłem swojej córce, że czuję się tak winny?
Córka w nocy nie zgłosiła ataku lęku i bardzo mocno poprzypalała sobie kilkakrotnie ramię płomieniem z zapalniczki. Rano zgłosiła to pani ordynator, a ta kazała się jej przyznawać do tego, że jest przeze mnie molestowana. Gdy córka temu zaprzeczyła, została wyrzucona ze szpitala za złamanie kontraktu. Ja po tym wydarzeniu kompletnie się załamałem.
< PRZEPRASZAM CIĘ MOJA CÓRKO ZA TO, ŻE NIE UDAŁO MI SIĘ UCHRONIĆ CIEBIE PRZED TYMI NAJGORSZYMI Z TWOICH BLIZN>
Po kilku tygodniach córka trafiła ponownie do szpitala w Warszawie. Pewnego dnia otrzymaliśmy telefon od lekarza, żeby natychmiast przyjechać i zabrać córkę, bo ta została wyrzucona ze szpitala za kontakty seksualne. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że do żadnych kontaktów nie doszło, tylko córka zaprzyjaźniła się bliżej z jednym chłopakiem, również pacjentem z jej oddziału. Poprosiliśmy o rozmowę z panią profesor, kierującą tymże oddziałem. Ta jednak podtrzymała swoją decyzję o wyrzuceniu córki, gdyż nie widziała dla niej miejsca u siebie, bo szpital nie jest dla osób z zaburzeniami typu borderline. Córka w kilka tygodni od wyrzucenia z tego szpitala, wspólnie z tymże chłopakiem usiłowali popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły. Moja córka ? wprawiona w używaniu żyletki - najpierw za jego zgodą podcięła żyły na przegubie ręki jemu, później sobie. Siebie cięła kilkakrotnie w jedno miejsce, bo za mało jej krew leciała. Poprzecinała sobie przy tym ścięgna i nerwy. Musiała przejść operację ręki, ale i tak nie ma czucia w dwóch palcach.
Teraz moja córka ma teraz 21 lat i jest już od dwóch lat zdrowa. Za taką się uważa i tak też jest. Usamodzielniła się i studiuje. A przecież okaleczała się tak często i mocno, że oba ramiona i przedramiona pokryte ma bliznami. Teraz się ich wstydzi i myśli o ich usunięciu. Ja bardzo się staram wyleczyć z depresji, bo przecież nie mogę być gorszy od mojej ukochanej córki.
Oddając sprawiedliwość polskiej psychiatrii muszę dodać, że na swej drodze spotkaliśmy kilku bardzo dobrych lekarzy i psychoterapeutów. Na szczególne moje uznanie zasługuje Pan Dr Cezary Żechowski z Warszawy.
Ojciec byłej pacjentki z zaburzeniami typu borderline
